Wspomnienia z DA

Zdjęcie Andrzeja Wilczaka

Do DA św. Anny „wstąpiłem” jesienią 1975 roku, podczas studiów na AGH. Wtedy „pracowałem” w dwóch DA, bo równocześnie byłem w DA na Grzegórzkach. Jednak atmosfera panująca u św. Anny była nieporównywalna z Grzegórzkami. Dlatego po pierwszym roku pozostałem tylko „przy” św. Annie. Od początku grałem na gitarze w tzw. grupie śpiewającej, która była jakby „trzonem” DA – coś w rodzaju „grupy trzymającej władzę”… Jak wspomniałem, atmosfera czwartkowych i niedzielnych (o godz. 20.30) Mszy studenckich i konferencji głoszonych głównie przez Szefa czyli ks. Franciszka Płonkę, harmider (czyt. rozmowy), czyniony na schodach przed kolegiatą bezpośrednio po nich, są do dzisiaj niezapomniane. Nie do przecenienia były długie dyskusje toczone przy herbacie w mieszkaniu Szefa – oczywiście niemiłosiernie zatłoczonym. Życie toczyło się nam „od imprezy do imprezy”, a były to: dni skupienia – najczęściej w górach, bale andrzejkowe w różnych punktach Krakowa, jasełka kilkakrotnie wystawiane u kardynała Wojtyły na Franciszkańskiej, obozy zimowe w Szczyrku, wyjścia w góry na tzw. powitanie wiosny, wyjścia nocne na Babią Górę – aby powitać świt, juwenalia podczas których z naszą kapelą, śpiewami i tańcem odwiedzaliśmy chorych na ul. Zielnej i w Domu Helclów, pielgrzymki do Częstochowy po zakończeniu roku akademickiego (byliśmy prekursorami obecnej Pielgrzymki Krakowskiej), no i oczywiście survivalowe kajaki – drewniane!!! (Drwęca, Drawa, Brda, Czarna Hańcza, Krutynia i inne), a jesienią niemniej wyczynowa wędrówka górska (Bieszczady, Beskid Śląski, Roztocze, Góry Izerskie, Beskid Mały i inne). Był i wspólnie spędzony sylwester na zboczu Gubałówki u Majki Bielskiej. Jako DA uczestniczyliśmy w rajdach górskich Politechniki Krakowskiej, „biorąc” jedną trasę. Trzeba wiedzieć, że w tamtych czasach kupno podstawowych produktów żywnościowych na w/w wyprawy było delikatnie mówiąc wielką ekwilibrystyką (masło, cukier, mięso, słodycze i napoje wyskokowe były na kartki – pewnie wielu nawet nie wie o czym ja piszę), więc też przedsięwzięcia te były nie lada wyzwaniem organizacyjnym. Jak dodamy do tego sposób wejścia do pociągu z naszymi ogromnymi bagażami, kociołkami, „tonami” jedzenia (najczęściej przez okna) to już rysuje się pewien obraz folkloru tamtych dni.

Osobny rozdział, to pamiętny wieczór 16 października 1978 roku – wybór Kardynała Wojtyły na Stolicę Piotrową. Msze święte odbywające się zaraz tej samej nocy i niekończące się pochody na rynek krakowski. I potem rodząca się smutna refleksja: jego już z nami nie będzie. Rekompensatą były nam pielgrzymki papieskie do ojczyzny (szczególnie pierwsza w 1979 roku, spotkanie na Skałce, „akcja” z krzyżem na Miasteczku), niewyobrażalne tłumy oraz radość jakiej w szarej komunie nam brakowało. No i budząca się (dzięki papieskim katechezom) nadzieja, której efektem był zryw Solidarności. Wtedy wydawało się nam, że to już upragniona wolność. Jednak dopiero niedawne wybory w 2015 roku pokazały, że czas prawdziwej wolności i polskości dopiero teraz się zaczyna. I dopiero teraz mogłem się dowiedzieć – dzięki zreformowanemu IPN – owi, kto na mnie ( i innych członków DA oraz Szefa) donosił do UB – niestety wśród nas także byli TW. I niby nic bardzo złego nie czynili, a dzięki temu zamiast od kilku lat być na górniczej emeryturze jak moi koledzy, to muszę jeszcze przez kilka lat pracować, oczywiście za nieporównywalnie mniejsze pieniądze.

Wspomnieć należy o naszym wyjeździe do Szwajcarii i Francji w 1979 roku, kiedy po wielkiej batalii o paszporty (wtedy proces otrzymywania paszportu trwał – jak dobrze szło ok. pół roku, potem po powrocie trzeba go było zdać i odbyć „spowiedź na UB”) udało nam się wydostać za żelazną kurtynę, mając 10 dolarów w kieszeni – bo tyle tylko można było oficjalnie wymienić i wywieźć. Jednak podróż ta zorganizowana przez Szefa i sponsorowana (oczywiście z konieczności) przez jego znajomych w tych krajach, była na tamte czasy mega (wedle slangu współczesnych) wydarzeniem. Lądując w Szwajcarii mieliśmy „przedsmak raju”. Już pierwszym szokującym wrażeniem (in plus oczywiście) były sanitariaty na lotnisku w Zurychu. A był to czas pierwszego roku „rewolucyjnego” pontyfikatu JP II, więc wzbudzaliśmy na Zachodzie nie lada sensację – szczególnie w Lourdes, gdzie Szef podczas wieczornej procesji ze świecami na poczekaniu tworzył nowe zwrotki „Po górach dolinach…”

Dla potomnych muszę dodać, iż w tamtych czasach wielu (wiele) z nas znalazło tutaj (czyt. w DA) swoje „drugie połowy” – czego najlepszym przykładem jest piszący te słowa – i myślę, że była to dobra recepta na udane i szczęśliwe (ale na pewno nie bez zgrzytów) małżeństwa, którym najczęściej ślubu udzielał sam Szef.

Po okresie studiów (które w moim wydaniu były jakby dodatkiem do działalności w DA), „towarzystwo” rozjechało się w cztery strony Polski i świata, a mnie zrobiło się żal, że takie przyjaźnie przeminą bezpowrotnie – bo przecież kontakty zostają tylko z kilkoma i to raczej najbliżej mieszkającymi. Wobec tego wpadłem na pomysł, aby co roku spotkać się w Szczyrku na Siodle, w miejscu obozu zimowego. Miejsce idealne, warunki iście spartańskie więc każdy inny „hotelowy” spęd przy tym wysiada. No i przyjęło się, mimo iż niektórym nazwa „Zjazd Wapniaków” nie przypadła do gustu, to już po dodaniu skrótu PT ( pleno titulo – uwzględniając tytuły) zrobiła się strawna. W tym roku był to już 34 zjazd, a na jubileuszowy 25 wybudowaliśmy kapliczkę z rzeźbą Matki Bożej, gdzie na boku została umieszczona tabliczka „znamionowa”. Atrakcją jest już samo wyjście na Siodło, nie mówiąc o pobycie w urokliwym miejscu na łonie natury z przepięknym widokiem z jednej strony na jezioro Żywieckie a z drugiej na Szczyrk, a jak dodamy wieczorne spotkanie przy grillu, ognisku i gitarze we wspaniałej atmosferze z takimi „dinozaurami” to nikogo nie trzeba tam już zachęcać. Oczywiście spotkania te odbywają się pod jedynie słusznym przewodnictwem Szefa, który przewodniczy Mszy Św. oraz głosi konferencję. Nieodzownym elementem jest oczywiście dyskusja – często bardzo zażarta – której temat do „przegryzienia” jest wcześniej podany. W tym miejscu dodam, że wszystkich – zarówno wapniaków, absolwentów jak i studentów – serdecznie tam zapraszamy – co roku w II. weekend września. I nie ma takich zdarzeń – oprócz śmierci – które by to zmieniły. Oprócz tego Ania Wawszczak organizuje raz lub dwa razy w roku dni skupienia – stricte duchowe.

Podsumowując. Czas spędzony w DA dał nam fundamentalne podstawy żywej wiary, dzięki czemu w obecnej rzeczywistości większość z nas potrafi się odnaleźć. Nadto nawiązane wtedy kontakty i przyjaźnie (nie mówiąc już o małżeństwach) sprawiają, że chwilach trudności i rozterek życiowych jest z kim porozmawiać i usłyszeć słowa wsparcia, a nierzadko i dobrej rady. Nawet założone konto pomocowe – nie tylko gotówkowe ale i duchowe – sprawdziło się.

Fajnych wspomnień jest bez liku – mimo iż pamięć już nie ta – jednak na tych łamach trudno byłoby je wszystkie spisać, więc poprzestańmy na tym.

Andrzej Wilczak