Annowicze na spotkaniach z Tajemnicą

Odważnie stanęli na schodach prowadzących do barokowej Kolegiaty św. Anny. Przekraczając jej próg, młodzi ludzie już czuli się częścią wspólnoty. A zaczęło się od akademickiej mszy świętej.

Duszpasterstwo św. Anny było trochę szkołą, trochę domem, czasem też klubem, ale przede wszystkim miejscem poznania Żywego Słowa. Większość studentów przynależących do DA wywodziła się z rodzin katolickich. Niektórzy z nich fundament wiary wynieśli już z domu, inni próbowali go odbudować; jeszcze inni poszukać i rozwijać od początku. Dotychczasowe zmagania z problemami, z którymi musi się zmierzyć chrześcijanin oraz próba odnalezienia się w nowym środowisku sprawiły, że młodzi ludzie łaknęli wiarygodnego kierownictwa duchowego. Stawiali sobie pytania o sens życia i swoje miejsce w Kościele. To tu poznali inny niż dotychczasowy sposób modlitwy. Na przełomie lat 60. i 70. po mszach wieczornych na schodach kościoła zbierali się wierni studenci, otaczając swego kapelana, którym był wówczas ksiądz Adam Boniecki. Następnie kierowali się na spotkania do ciasnej poczekalni przy kancelarii parafialnej. Z czasem wspólnota ta zaczęła gromadzić się raz w tygodniu w mieszkaniu pp. Turowiczów. Studenci, składali tym samym wizytę księdzu Adamowi, który wynajmował tam pokój.

To były nasze msze

Program ewangelizacyjny realizowany przez DA obejmował jak najczęstszy udział w liturgii. Mówiło się, że msza święta nie była odprawiana, ale celebrowana. Studenci starali się przeżywać ją każdego dnia. W 1966 r. na miejsce letniego obozu o charakterze formacyjnym i wypoczynkowym wybrano Tatry. W Kościele był to czas przemian, a wśród członków DA dało się odczuć zachwyt jego odnową. Byli przekonani, że dzieje się coś ważnego, zostawiając przy tym ślad na ich religijności. Łacinę zastąpił język ojczysty. Przemianie uległo rozumienie liturgii i forma uczestnictwa w niej. Studenci wzmocnili swoją aktywność i zaangażowanie przez przygotowywanie świętych obrzędów i oprawy muzycznej uświetniającej nabożeństwa. Śpiewano wówczas piosenki francuskiego jezuity o. Duvala lub siostry Sourire. Uczestnicy obozów przygotowywali wcześniej czytania mszalne, które trzeba było przepisać w kilkunastu egzemplarzach. Komputery wtedy nie istniały, a maszyny do pisania nie były dla każdego dostępne. Pomiędzy wędrówkami po szlakach, prowadzących przez Dolinę Kościeliską, Iwanicką Przełęcz i Dolinę Chochołowską, starano się odprawiać msze plenerowe. Ze względu na warunki i wymóg zachowania czujności, aby ustrzec się przed zagrożeniami ze strony władz, liturgia była sprawowana w wyjątkowych porach i miejscach. Jednym z nich było schronisko-bacówka, gdzie msza święta mogła być odprawiana dopiero po zachodzie słońca, kiedy nie było już obawy, że ktoś się tu zjawi. Studenci często nocowali w stodołach przy gospodarstwach domowych. Ołtarz był ustawiany we wnętrzu, tuż przy wejściu, ozdobiony kiściami jarzębiny. Był to koniec lat 60., okres, w którym gospodarze prosili o zachowanie w sekrecie pobytu grupy z księdzem. Bywało, że cały obóz w nocy, pod gołym niebem gromadził się na modlitwie. Przemieszczali się ukradkiem, tak, aby nie zbudzić gospodarzy. Innym razem stawiano ołtarz wśród mchów, w poszyciu leśnym. Budowano go na pniu z odłamów skalnych, pokrywano świerkowymi gałęziami i białym obrusem lub stawiano z piaskowcowych głazów i plecaków wycieczkowiczów. Za nim, w tle można było zobaczyć szczyty Czerwonych Wierchów, co sprawiało wrażenie, że studenci znajdują się w ogromnej ,,katedrze tatrzańskiej”. Pewnego upalnego dnia, szukając miejsca na odprawienie mszy świętej, tuż przed jej rozpoczęciem duża część obozowiczów zjadła borówki i… ,,siedem minut im zabrakło”. W rezultacie do komunii przystąpiła jedynie garstka osób. Wymagany szacunek dla postu eucharystycznego nie pozwalał reszcie odważyć się przyjąć hostii. Brakowało tych kilku minut, co przyjęło się we wspólnocie jako powiedzenie, mające ustanowić troskę o uszanowanie Eucharystii.

Zanurzeni w Żywym Słowie

Był taki okres, kiedy msze były odprawiane w mieszkaniu księdza Bonieckiego. Po zakończeniu czytań wszyscy zebrani włączali się w omawianie usłyszanego Słowa Bożego, które mieli wprowadzić w życie i przekazywać dalej. Na początku kolejnych spotkań, przed rozpoczęciem liturgii, studenci dzielili się swoimi przeżyciami. Stopniowo uczyli się patrzeć na życie z perspektywy wzbogaconej o Słowo Boże, a także wyrażać własne myśli. Celem tych spotkań była nie tylko budowa wiary, ale także możliwość nabycia umiejętności słuchania innych, otwarcia się na drugiego człowieka i jego problemy. Uczestnictwo w działaniach duszpasterstwa wymagało przechodzenia coraz wyżej, na drogę ku doskonałości, motywując swoich członków do szukania wiarygodnych ścieżek w celu dokonywania najlepszych wyborów. Pomocą w podejmowaniu właściwych decyzji miało być Pismo Święte, to tam należało szukać rozeznania. Wielokrotnie przekonywali się o tym studenci, którzy przy ryzykownych wyborach, licząc się ze swoją wiarą, spotykali się ze szczęśliwym rozwiązaniem. Jedną z takich osób była Anna Urbańczyk, która przyznała, że dzięki obecności w duszpasterstwie bardziej otworzyła się na Słowo Boże. Zrozumiała, że nie filozofia, nie nauka, ale Pismo Święte jest prawdziwą pomocą. Jej dotychczasowe przekonania były poddawane korekcie mądrości Bożej. U studentów powstawała świadomość, że nie należy polegać wyłącznie na rozumie, trzeba wejść na drogę poszukiwania Prawdy. Wspólne uczestnictwo we mszy świętej i rekolekcjach dało członkom DA możliwość dojrzewania do wiary rozumnej i odwagę do pokonania lęku przed samodzielnym myśleniem. Niektórzy przyznali, że to właśnie w DA rozpoczęli bardziej świadome życie w wierze. Genowefa Malik, jeden ze świadków tamtego okresu, wyniosła dla siebie pewną mądrość życiową, z którą dzieli się we wspomnieniach: ,,Nauczyłam się, że człowiek ma prawo do stawiania pytań w każdej dziedzinie i że są Tajemnice, na które nigdy nie znajdziemy odpowiedzi, ale warto pytać”.

~Kornelia Plizga

Flickr Album Gallery Powered By: WP Frank