Wspomnienie o grupie biblijnej matki Imeldy Adamskiej

W 2016 roku mija 40 lat od śmierci m. Imeldy. Mimo naszej krótkiej znajomości, wywarła na moją formację duchową duży wpływ. Chciałbym więc opisać nieco wspomnień z nią związanych.

Pamięć ludzka jest zawodna i selektywna. Mam wprawdzie zwyczaj notowania ważniejszych wydarzeń, lecz pomijałem imiona i adresy, a często też używałem skrótów, których właściwego znaczenia dziś już nie jestem pewny. Nie można wykluczyć więc, że coś w niniejszej relacji poplątałem.

Po raz pierwszy spotkałem matkę Imeldę Adamską 8 marca 1972 roku. W tym czasie nasza grupa absolwentów (z Duszpasterstwa Akademickiego przy kolegiacie św. Anny w Krakowie) organizowała regularnie dni skupienia w opactwie tynieckim, podczas których stopniowo głównym punktem programu stały się biblijne konwersatoria z o. Augustynem Jankowskim. Zwróciłem uwagę na to, że przy niektórych kwestiach ojciec wymieniał spojrzenia z Anią Kozłowską, świadczące, iż omawiany problem był już dyskutowany w innym gronie. Pewnego razu powiedzieli mi, że uboczny problem poruszony przeze mnie szerzej dyskutują w innej grupie, „urszulańskiej”. Jeśli mnie to interesuje, mam zapytać w środę o godz. 17.00 u ss. urszulanek o grupę biblijną m. Imeldy. Nie pamiętam już, co było owym dyskutowanym zagadnieniem; być może usprawiedliwienie i sprawiedliwość w sensie biblijnym.

Tak dowiedziałem się, że u ss. urszulanek, gdzie o. Augustyn spowiada i często bywa po wykładach na Wydziale Teologicznym, z inicjatywy owej m. Imeldy, powstała grupa młodzieży, która od lat spotyka się z ojcem we środy, co kilka tygodni.

Trzonem grupy były dziewczyny, których m. Imelda uczyła religii w szkole, ale grupa zdążyła do tego czasu dokooptować kilka osób, w tym także panów, więc nie byłem jedyny. Okazało się też, że w owym gronie jest paru moich znajomych, a i ja byłem już siostrze znany z opowieści. Nieobca była jej siostra mojej matki, ciocia Wandzia (moja matka chrzestna), która jeszcze przed wojną kończyła gimnazjum urszulańskie [por. list cytowany poniżej]. M. Imelda słyszała o mnie także od jednej ze swoich uczennic, która poznała mnie studiując fizykę. Opinie o mnie miała bardziej pochlebne, niż na to zasługiwałem. Nie bardzo wiem, na jakiej podstawie m. Imelda uznała, że jestem osobą charyzmatyczną, i że mój charyzmat to dar komunii, jednoczenia; coś, co sprawia, że grupa, w której jestem, staje się rodzajem wspólnoty. Stąd też cieszyła się z mojego dołączenia i nie taiła tego przede mną.

Na pewno słyszała też, że za aktywność w duszpasterstwie akademickim trafiłem na czarną listę PZPR, i nie wolno mnie było zatrudnić na żadnej wyższej uczelni, ani nigdzie, gdzie miałbym kontakt z młodzieżą, na którą mam „niewłaściwy, szkodliwy wpływ”.

Spotkania grupy m. Imeldy zaczynały się modlitwą, a czasem śpiewem. Na początku załatwiano „sprawy bieżące” – o. Augustyn odpowiadał na rozmaite pytania, wątpliwości czy problemy, które, jeśli były, miały status priorytetowy. Czasem też wypowiadała się m. Imelda. Potem zaczynało się konwersatorium.

Przez kilka lat omówiliśmy z o. Augustynem takie tematy jak: sprawiedliwość, wolność (w oparciu o Słownik Teologii Biblijnej), sakramenty (na podstawie skorowidza doktrynalnego – dodatku do NT, oraz książki Evelyn Vann Aby radość wasza była pełna), angelologia i demonologia biblijna (wg Encyklopedii Biblijnej), eschatologia powszechna i indywidualna (w oparciu o skrypty o. Augustyna) oraz Apokalipsa (za komentarzem o. Augustyna do wydania KUL-u).

Ojciec miał w zwyczaju czytać któryś ze swoich tekstów, dodawać do nich komentarze. Kazał nam wyszukiwać w Biblii miejsca, do których ów tekst się odnosił i, temu kto odnalazł pierwszy, czytać je na głos.

Tutaj pojawiały się kłopoty, ponieważ większość z nas miała jedynie Nowy Testament. Całą Biblię m. Imelda pożyczała w klasztorze; czasem dwa, czasem trzy egzemplarze. Na spotkaniu 12 kwietnia nie było żadnej Biblii. Matka stwierdziła, iż trzeba temu położyć kres. Mieliśmy zaopatrzyć się w nowe, II wydanie Biblii Tysiąclecia. Nie wiedziałem, jakim cudem miało się to udać.

Wprawdzie cenzura PRL-owska nie limitowała wysokości nakładu – Biblia miała status „materiału źródłowego” – ograniczany był jednak przydział papieru dla Pallotinum. Aby prowadzić swoją działalność, wydawnictwo mogło drukować Biblię w niewielkich partiach, niepokrywających zapotrzebowania. Do katolickich księgarni przychodziło niewiele egzemplarzy, które w całości były sprzedawane „spod lady”.

II wydanie Biblii Tysiąclecia, którego redakcję ukończono w 1971 roku, było nieco zmienione. Jedną z głównych zmian było „wygładzenie” polszczyzny, czym zajmowała się właśnie m. Imelda. Postanowiła więc wykorzystać swój udział w wydaniu, aby zdobyć dla nas Biblie.

2 maja otrzymałem niespodziewany telefon od urszulanek z pytaniem, czy mogę założyć pieniądze na egzemplarze, które m. Imeldzie udało się zamówić. Odebrałem również następujący list:

 

  1. C.

Kraków, 29.04.1972 r.

Zacny Sceptyku

Wywiązałam się z zadania. Pismo Św. jest, tylko jedno wielkie ale także jest… Dostojni bibliści zaniedbali się w korekcie. Więc do całego tomu dołączona jest zielona kartka – od biedy da się poprawić omyłki w tekstach Pisma Św., w przypisach ani o tym marzyć ze względu na petit… na wstępach mniej każdemu zależy.

Tyle się napracowałam nad korektą i znowu te same lub jeszcze gorsze wyrażenia.

Np. Rdz. 3,6: „Wtedy niewiasta spostrzegła, że… owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy”

albo PnP 4,3b: „Jak okrawek granatu skroń twoja za twoją zasłoną”

czy Łk 24,16: „Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali”. (Biedne oczy! Zupełnie jak brytany „niejako na uwięzi”…)

Cóż robić? Grunt, że egzemplarze mamy i możemy się z nich modlić a czasami wydziwiać.

Pewnie dłuższy czas – a może krótszy – się nie zobaczymy, bo choruję, łykam digtilis i wiem, że mam serce.

W naszej urszulańskiej szkole była Wanda Nitschówna, dość zaprzyjaźniona z moją kuzynką; czy pani Alina, matka Pana, nie jest przypadkiem jej siostrą?

Życzę pogody (choć oczywiście nie ubóstwiamy nauki, jak to czynią wyznawcy pewnego światopoglądu – uznajemy przecież filozofię – jako „służebnicę teologii” – więc możemy chyba uznać jej sens).

Z Bogiem

  1. Imelda A. OSU

 

Założyłem pieniądze, część Biblii odebrałem od razu i następnego dnia zanosiłem je do wybranych osób.

Choroba m. Imeldy była jednak krótka. Po spotkaniu 10 maja zatrzymała mnie i Anię Kozłowską, abyśmy naradzili się, kto w jakiej kolejności powinien dostać Biblię. Ułożyliśmy listę. Ania była do tego niezbędna, bo będąc „nowym” nie wiedziałem nic o większości osób i nawet nie starałem się wiedzieć. W czasach PRL-u bezpieczniej było wiedzieć jak najmniej.

W sobotę, 13 maja, otrzymałem kolejny telefon z informacją, iż mamy egzemplarze dla 8 osób, ale możliwości sióstr się na tym wyczerpały. Ponieważ Biblie dostawali też główni redaktorzy przekładu, benedyktyni tynieccy, m. Imelda zaczęła do nich uderzać. I w Boże Ciało, 1 czerwca, dowiedziałem się, że 3 kolejne egzemplarze będą do odebrania w Tyńcu.

Potem zaś otrzymywałem następujące instrukcje:

– pójść do księgarni na ul. św. Krzyża i odebrać kilka Biblii powołując się na m. Imeldę;

– zapytać u jezuitów, czy nie mają Biblii, w taki sposób, aby nie dowiedziały się o tym osoby postronne. Jest szansa, że sprzedadzą, bo mam „odpowiedni wygląd”;

– pójść szybko na Sławkowską, gdzie m. Imelda prosiła o odłożenie Biblii.

Zastanawiałem się, dlaczego do tej akcji wybrała akurat mnie. Chyba dlatego, że miałem w domu telefon i nieco oszczędności, więc mogłem łatwo założyć pieniądze. Dodatkowo dysponowałem sporą ilością wolnego czasu i „odpowiednim wyglądem”.

To ciągnęło się przez rok, podczas którego co kilka tygodni dostawałem nową wiadomość. Matce też udawało się niezależnie coś nabyć. Gdy w październiku doszło do pewnego zacięcia, na furcie czekał na mnie list:

 

Skrzyczany przeze mnie panie Kazimierzu,

Dopiero dziś zgłosił się do mnie pan Wronicz – a tymczasem odstąpiłam ten egzemplarz dla niego naszej zakrystiance, bo zbyt długo czekałam na zgłoszenie się, a s. zakrystianka błagała do kaplicy do czytań mszalnych.

Mam obiecany – dopiero na końcu roku kalendarzowego jeden egzemplarz. Obiecałam, że będzie dla pp. Wroniczów. A teraz oddaję resztę z pożyczonych pieniędzy, 160 zł.

Serdecznie pozdrawiam,

  1. Imelda

 

To jedna, to dwie Biblie, aż cała nasza grupa była w nie zaopatrzona. Ale machina raz puszczona w ruch nie od razu wyhamowała.

16 lutego 1973 roku dostałem kolejną wiadomość o Bibliach, ale akurat byłem zagrypiony, i gdy 21 tegoż miesiąca zgłosiłem się do m. Imeldy, dowiedziałem się, że sama odebrała je u jezuitów. Jeszcze kolejne trzy przyszły 16 marca.

– Już wszyscy mają? Nie szkodzi. Na pewno wśród pana kolegów są tacy, co powinni Biblię mieć, a nie mają, więc proszę im dostarczyć.

– Jednak odczuwam pewien niepokój, bo w ten sposób ogołacamy księgarnie z Biblii. My będziemy mieli, ale dla innych zabraknie.

– A komu bardziej Biblia potrzebna, jak nie wam, młodym, którzy z o. Augustynem ją studiujecie?

– Nie wiem, pewnie księżom, zakonnikom..

– Mogą się obejść, niech po łacinie czytają, po to się łaciny uczyli. Przez wieki obowiązywał ich tekst łaciński, więc to żadna krzywda. Zresztą wy jesteście ważniejsi.

Właśnie to „wy jesteście ważniejsi” charakteryzowało m. Imeldę. Dla niej najważniejsza była młodzież, przyszła katolicka inteligencja. Jej uformowanie uważała za najpilniejsze zadanie Kościoła w Polsce.

Z matką można było porozmawiać przed i po zakończeniu spotkania z o. Augustynem, który czasem spóźniał się, bo spowiedzi sióstr wymagały więcej czasu.

Rozmawialiśmy więc o najróżniejszych sprawach: o krakowskim Synodzie Diecezjalnym, o sensie istnienia parafii i jak powinny one wyglądać w przyszłości. Dyskutowaliśmy na temat wychowania katolickiego, liturgii, tzw. desakralizacji itp. M. Imeldę interesowały także nasze sprawy osobiste, sukcesy i porażki życiowe, rozrywki, wycieczki w góry. Dzieliłem się z nią wrażeniami z Taizé i z „Soboru Młodych”. Ciekawa była wszystkiego. Komentując, próbowała nieco kierować naszym życiem.

Jej marzeniem było wyswatać mnie z Oleńką Z., „bo jestem taki prawy i byłbym idealnym dla niej mężem”. Nic z tego nie wyszło. Ślub Oleńki z Jankiem F. skomentowała: „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Wciąż ubolewała, że to nie ze mną. Chyba niesłusznie, bo gdyby Oleńce rzeczywiście na mnie zależało, bardziej szukałaby mego towarzystwa. 13 listopada 1974 zapisałem, że powiedziała mi: „ma pan już 30 lat, powinien pan rozstrzygnąć, co robić ze swoim życiem. Zdecydować się wreszcie – albo żenić się, albo wstąpić do stanu duchownego”.

Dzieliła się także wrażeniami ze swoich lektur. Pamiętam, jak bardzo poruszyła ją książka Krzyż i sztylet. Jakie dziwne mogą być drogi dotarcia do dzieci, do młodych, z pozoru paradoksalne, a owocujące, gdy te racjonalne sposoby okazują się do niczego. Można dotrzeć do tych, co zostali już uznani za bezpowrotnie zdemoralizowanych.

Zanotowałem też, że czytała nam Jeleńskiego Światła tajemnic.

Trochę z jej namowy doszlifowałem swoje pierwsze teksty z serii Advocatus diaboli. Na parodie kazań machnęła ręką, poprosiła mnie natomiast o przepisanie w kilku kopiach tekstów Dwóch ludzi i Gdybym nie miał miłości. Przesłała je gdzieś dalej, by, jak mówiła, „apostołowały”.

Jak już wspomniałem, znałem ja niewiele. Po pierwsze stosunkowo krótko, a po drugie nic o sobie nie opowiadała.

Odniosłem wrażenie z sposobu, w jaki komentowała książki, a także z niektórych kontekstów, że była otwarta. Popierała zmiany Soboru Watykańskiego II i uważała, że Kościół wymaga zmian. Nie w doktrynie, lecz w metodach pracy duszpasterskiej; w języku, w jakim zwraca się do wiernych, w relacjach międzyosobowych. Martwiła się o przyszłość zakonu urszulańskiego. W PRL-u uniemożliwiono im realizowanie powołania zakonnego – pracy nauczycielskiej i wychowawczej. Czy zakon pozbawiony celu swojego istnienia przetrwa? Czy powinien poszukać sobie jakiejś pokrewnej dziedziny do działania? Jakiej?

Zaczęła chorować na raka, który został rozpoznany zbyt późno. Rafał Michalik, lekarz z naszej grupy, powiedział przy okazji nieco gorzkich słów na temat obskurantyzmu panoszącego się w zakonach. M. Imeldzie zależało, by spotkania nasze nie ustały wraz z jej śmiercią. Gdy szła do szpitala lub wyjeżdżała do Rykocin, prosiła którąś z sióstr, by została jej następczynią. Nie pamiętam już, która to siostra bywała parę razy na naszych spotkaniach. Jednak stała następczyni się nie znalazła.

11 marca 1976 dostałem wiadomość, że m. Imelda zmarła dwa dni wcześniej. Miała niecałe 72 lata. Nie zdążyła poznać mojej przyszłej żony, choć w dniu jej śmierci byłem między ślubem cywilnym a kościelnym. Uczestniczyłem w jej pogrzebie na Cmentarzu Rakowickim.

Mimo jej śmierci grupa przetrwała. Nadal spotykaliśmy się u urszulanek, ale z samym tylko o. Augustynem. I pomału przestaliśmy być grupą młodzieży. Dopływ młodych osób ustał. A i my zaczęliśmy pojawiać się na spotkaniach w kratkę, bo życie nas wciągało. Na nasze miejsce, gdy ustały dni skupienia w Tyńcu, do naszego „zgromadzenia” dołączyli liczni z grupy absolwentów. Lata mijały. Zestarzeliśmy się. Najstarsi z grupy m. Imeldy spotykali się na mszy w rocznicę jej śmierci. I te spotkania przetrwały do dziś, kiedy msza rocznicowa jest również za o. Augustyna.

 

Kazimierz Urbańczyk

marzec 2014

 

oprac. Judyta Dąbrowska
maj 2017