Wspomnienie Wiesławy Zapart

W Duszpasterstwie Akademickim św. Anny pojawiłam się na trzecim roku studiów informatycznych na UJ w 1977 r. jesienią, biorąc udział w Dniu Skupienia zorganizowanym w Siwcówce k. Suchej Beskidzkiej u Kundusi Siwiec (wkrótce błogosławionej). Od pierwszego roku studiów uczestniczyłam we Mszach Św. wieczornych dla studentów o 20:30 sprawowanych przez ks. dr Franciszka Płonkę (naszego „Szefa”) oraz w wykładach prowadzonych przez specjalistów z różnych dziedzin, przepisywanych i powielanych później przez Panią dr Jadwigę Kłosińską i innych (sama też przepisywałam wykłady red. Józefa Żychiewicza i o. prof. Andrzeja Kłoczowskiego OP). Wracając do tego wyjazdu, dodam, iż pamiętam, że pomimo późnej pory z powodu opóźnienia pociągu, tłoku i stania na jednej nodze, była to dla mnie najprzyjemniejsza podróż z powodu atmosfery, jaka zawiązała się wśród nas. Ostatni autobus już nam odjechał, kiedy nasz „Express” wpadł na stację w Suchej Beskidzkiej i ks. Franciszek błysnął swoim talentem organizacyjnym i układami „na Górze”, bo został dla nas podstawiony autobus specjalny. Nie zapomnę tej wędrówki w górskim klimacie, pod rozgwieżdżonym niebem, w tak licznej grupie do sióstr w Siwcówce, które cierpliwie czekały na nas z kolacją i otwartymi sercami. Czas ten był wyjątkowy: spacer, skupienie, wokół ludzie o podobnych poglądach, otwartych na wartości religijne, szukający wśród rozmaitych problemów śladów Boga i Jego wsparcia, modlący się i zastanawiający nad dylematami etyczno-moralnymi. Byłam zbudowana i zauroczona, jakbym złapała wiatr w żagle, ten czas przeznaczony tylko dla Boga był jak przebudzenie. Po powrocie świat wydał mi się piękniejszy – znalazłam środowisko, w którym byłam u siebie i coś się zaczęło…

Jestem pewna, że uczęszczanie na Msze św., słuchanie wykładów, chociaż wspólne z innymi, nie dają szansy stworzenia środowiska, wspólnoty, czyli tego, co uczynił ten właśnie wyjazd na Dzień Skupienia.

Później brałam udział również w ogniskach rozpoznawczo-zapoznawczych (dzisiaj bym powiedziała: integracyjnych) organizowanych na początku października, gdzieś na obrzeżach Krakowa, dokąd jechała „duszpasterska wiara” z Szefem na czele. Tam były śpiewy przy gitarze, opowieści, żarty i anegdoty, zabawy, pieczenie kiełbasy i ziemniaków, ale zawsze z akcentami religijnymi i wspólną modlitwą, podaniem sobie rąk, z piosenką ”Cichy zapada zmrok..”.

Przeżyć z DA św. Anny, co ważne, grupowych, miałam sporo i to takich, które pozostały na całe życie.

W 1978 r., czyli po III roku studiów, pojechałam na obóz wędrowny w Beskid Niski. Pamiętam piękne widoki, zapach pól i ziół, wspólną pracę przy kopieniu siana, wspólne przyrządzanie posiłków, przyjaźnie na całe życie (szli z nami Staszek Rajda, Franek Natanek, Jadzia, której Zdzichu Golda wpadł w oko, + Ania Mazurkiewicz, Ania Walczuk, Marek Hordziej, Zosia Zarębianka, Marysia Błasiak i Krzysiu Maślanka, Teresa Kurek, Róża ze Słowianek, Ela Borysiak i wiele innych) oraz codzienne Msze Św. z konferencjami, lekturę, godzinne kontemplacje w ciszy w drodze i wspólne modlitwy na rozpoczęcie i zakończenie dnia. Trasę przygotował nam wtedy Wacław Reczek; od niego brałam adresy, gdy sama następnym razem przygotowywałam wędrówkę w Beskid Niski. Szef zwykle na wszystko miał czas i każdą okazje wykorzystał, by ubogacać innych, lecz często to skutkowało późnym dotarciem na miejsce noclegowe. Tak też było w Wisłoczku, gdzie przyszliśmy w ciemną noc około 22.00, bo dużo czasu zajęła nam pustelnia w Dukli. w czasie drogi z Wisłoczka do Komańczy zastała nas burza z dużym deszczem, a rzeki wezbrały i trzeba było iść, ślizgając się po dużej rosie, w adidasach. Pamiętam, że wtedy wykonałam najwięcej w moim życiu piruetów. Zmęczona, mokra dotarłam na miejsce z wysoką gorączką. na szczęście mieliśmy dwie młode lekarki w grupie – Teresę Kurek i Danutę Hebdę, które wspólnymi siłami postawiły mnie na nogi, na powrót do domu kolejnego dnia.

W pociągu brakowało miejsca, a jeden przedział był prawie pusty, z dwoma panami pod oknem, których nie znałam (pewnie tylko ja z całego pociągu). Weszłam śmiało, zapytałam, czy można się dosiąść, na co oni przystali i bardzo interesowali się szczegółami wędrówki. Później mnie zapytali, na ile lat oni wyglądają, jak mam na imię. Sami wcześniej się przedstawili – Karol i Jan Maria. Zdziwiłam się (nie kryjąc tego) imieniem Maria u mężczyzny. Potem wyjęli grube księgi, a pan o dziwnym dla mnie imieniu Maria poprosił, bym podeszła do niego, i pokazał swoją książkę, pytając, w jakim jest języku. Nie rozpoznałam greckiego (chociaż powinnam), więc sam odpowiedział na swoje pytanie. Nie trwała zbyt długo ta moja rozmowa z obcymi panami, bo moja grupa poprosiła mnie do „naszego” przedziału na Nieszpory, gdzie ktoś ustąpił mi miejsca, ale bagaż miałam nadal w tamtym przedziale. Gdy zapytałam, czy mój bagaż jest bezpieczny, to wszyscy mówili zgodnie, że mogę być o niego spokojna, a kiedy wysiadając, odbierałam go, usłyszałam, jak jeden do drugiego mówił – popatrz, nie powiedzieli jej. Cóż, wtedy dostojnicy kościelni nie występowali w TV, a ja nawet telewizora nie miałam w domu; na uroczystościach wawelskich byłam parę razy, ale z dala od ołtarza z powodu tłumów.

Później byłam na duszpasterskich Andrzejkach, Juwenaliach (które zupełnie inaczej wyglądały niż w DS-ie), pielgrzymkach do Częstochowy, kajakach, ogniskach, wędrówkach. Szereg tych wyjazdów sama organizowałam, np. spływy kajakowe Obrą, Czarną Hańczą, Krutynią, czy wędrówki po Beskidzie Niskim, Górach Świętokrzyskich, Sudetach, Bieszczadach i in. Przypadły mi do serca tego typu imprezy z Panem Bogiem za „Pan Brat”, czy z zapleczem religijnym i tematami sprzyjającymi rozwojowi duchowemu, czyli z Szefem, Mszą Św. codzienną, lekturą i dyskusją na dobranoc oraz modlitwą. Po takim wyjeździe zwykle byłam zmęczona, ale szczęśliwa i umocniona duchowo, co w trudach dnia miało niebagatelne znaczenie.

Największym przeżyciem w DA był dla mnie wybór kardynała Karola Wojdyły, arcybiskupa krakowskiego na Ojca Świętego (wtedy mówiliśmy „na papieża”), którego spotkałam kilka razy w życiu, z którym łamałam się opłatkiem w ostatnią Jego Wigilię w Krakowie podczas naszych duszpasterskich występów jasełkowych w Kurii w 1977 r. Jeszcze rok akademicki nie zaczął się na dobre, bo pierwsze dni były umownie organizacyjne i dzięki temu ten czas przeznaczyłam na sprzątanie mieszkania po malowaniu przy ul Jagiellońskiej, jakie DA pod egidą Szefa prowadziło. Nie wiedziałam, która to była godzina, gdy wszystkie dzwony w Krakowie zaczęły bić (pewnie nie tylko w Krakowie) i chociaż wyjrzeliśmy za okno, to prócz dostrzeżenia ogólnego poruszenia nie dowiedzieliśmy się, co się dzieje. Cóż, nie było komórek, ani internetu… Po powrocie do „Żaczka” wszystkiego dowiedziałam się od dziewczyn, z którymi mieszkałam. Ty nic nie wiesz, co się dzieje?! Mamy papieża-Polaka po raz pierwszy w historii świata. A gdy się okazało, że ja kardynała Karola Wojdyłę spotkałam i łamałam się z Nim opłatkiem, to niektórzy chcieli mnie dotknąć…

Pobiegliśmy do kościoła św. Anny, gdzie była wielka radość, uściski i istny szał; stamtąd poszliśmy na Wawel na Mszę Św. o północy, po której śpiewaliśmy Bogurodzicę. Nie pieśń najbardziej znaną po tym tytułem, lecz tę, która zawiera doniosłe słowa: „to ojców naszych śpiew, wolności błyska zorza, wolności bije dzwon…Bogarodzico!!!”. Ten śpiew był proroczy i zapowiadał okres zdobywania wolności, w jaki wkraczała nasza ojczyzna. Był zapowiedzią rozpadu systemu komunistycznego, chociaż o to przyszło nam się zmagać przez najbliższe lata. Całą noc nas nosiło po miasteczku studenckim, aż do rana, kiedy „fruwający” kładliśmy się do łóżek, ale sen nie przychodził. Jeszcze nie wiedzieliśmy, jak potoczą się dzieje Polski i świata, lecz czuliśmy wagę wydarzenia i wiedzieliśmy, że tego nie wolno nam zmarnować.

Wiesława Zapart